Dorota Marzec
  • Główna
  • O mnie
  • Życie
  • Relacje
  • Motywacja
  • Instagram
  • Kontakt


Kiedy na początku marca dowiedziałam się, że nie dostałam się na kurs pisania powieści w pierwszej chwili poczułam smutek. Jednak chwilę po nim pojawiła się ulga. To z kolei było dla mnie zaskoczeniem. 

Naprawdę zależało mi na tym kursie. Wyobrażałam sobie jak w sobotnie poranki biegnę przez Rynek do Pałacu Potockich na warsztaty. Jak zwykle spóźniona, ale ubrana w moje najlepsze wyjściowe ubrania (lubię pracę zdalną, ale lubię też ubierać koszule i marynarki). Wyobrażałam sobie, że dokładnie tego potrzebuję, żeby osiągnąć mój cel.  Ale przede wszystkim potrzebowałam żeby ktoś we mnie uwierzył. A potem tego nie dostałam. 

Ulga przyszła jednak dużo szybciej niż zdążył mnie przybić smutek. Czy to znaczy, że tak naprawdę wcale mi nie zależało? Całe szczęście, trzy lata terapii mam już dawno za sobą i nie patrzę na życie tak czarno-biało. Można odczuwać dwa uczucia jednocześnie i oba one mogą być prawdziwe. A ulga przyszła, bo po 5 latach studiów potrzebuję odzyskać wolne weekendy. Potrzebuję nie mieć deadline'ów poza pracą. I potrzebuję napisać moją książkę tak jak ja chcę, a nie tak jak będzie mi się wydawało, że chcą tego inni. To ja potrzebuję w siebie uwierzyć, a nie zaufać przekonaniu, że wystarczy jedynie by ktoś inny uwierzył we mnie. Jeśli ja w siebie nie uwierzę to żadna zewnętrzna walidacja nic mi nie da. 

W marcu udało mi się skończyć pierwszy rozdział mojej powieści i jestem z tego naprawdę dumna. Rozpisałam też szczegółowy plan wydarzeń, dzięki czemu dokładnie wiem gdzie mogę zacząć i gdzie powinnam zmierzać. Być może wiele piszących osób czułoby się ograniczonym przez plan, dla mnie jednak jest to rozwiązanie idealne. Lubię wiedzieć do czego zmierzam. A teraz mam tego bardzo wyraźny obraz. 

Zerknęłam na wpis z ostatniego miesiąca, w którym celem były gotowe trzy pierwsze rozdziały i 15k słów. Cóż... Gotowy jest pierwszy i trzeci, a słów jest tylko 10 632... 
Ponieważ wyznaczanie celów w zeszłym miesiącu jednak się nie sprawdziło, na kwiecień celu nie wyznaczam. Zobaczymy jak to się sprawdzi. Po raz kolejny także obiecuję sobie głównie skupić na magisterce. Tym bardziej z ogromną ulgą przyjmuję, że na kurs się nie dostałam. 

Zebrałam wszystko co powinnam, napisałam maila, a potem długo wpatrywałam się w ekran zastanawiając się, czy powinnam go wysłać. A potem zamknęłam oczy i wysłałam. A następnego dnia wpadłam w panikę, że wysłanie tego tekstu oznacza, że ktoś go przeczyta. I to nie będzie ktoś kto mnie zna, wspiera i nie powie mi złego słowa. Moje teksty przeczyta ktoś, kto spojrzy na nie jak na początkującą pisarkę. I tak będzie je oceniał. 

Nie Dosia, która pracuje w IT, studiuje etykę, pisze bloga, magisterkę, robi filmiki na instagram, szyje sukienki i bóg wie co jeszcze. Ktoś nie spojrzy na to, jak na kolejną rzecz, za którą się zabieram mimo, że na nic nie starcza mi już dnia. Będzie liczyło się tylko to czy tekst, który napisałam jest dobry. Czy historia, którą wymyśliłam ma potencjał. Czy Dosia pisarka ma szansę rzeczywiście zaistnieć w prawdziwym świecie. 

Nie odczuwam dzisiaj specjalnej weny, w zasadzie zapomniałam, że to czas na podsumowanie kolejnego miesiąca. Dlatego ten tekst będzie prawdopodobnie brzmiał chaotycznie i bardziej jak mailowe sprawozdanie niż kwiecisty tekst początkującej pisarki. Trudno. Czasem trzeba też pisać słabo. 

Luty minął zdecydowanie szybciej niż się spodziewałam. Mimo, że miesiąc temu pisałam, że JUŻ NAPRAWDĘ muszę napisać trzeci rozdział magisterki - wcale go nie napisałam. Mam nadzieję, że nie czyta tego moja promotorka. Od jutra muszę już naprawdę naprawdę. Tym bardziej, że za tydzień zaczyna się ostatni semestr studiów. Pocieszam się tym, że w powietrzu pomału czuć już wiosnę, wierzę, że wraz z nią będę mieć więcej sił. Nic innego mi nie pozostaje.

Jeśli chodzi o moją książkę to w głównym pliku mam 9 820 słów. To oczywiście mniej niż miałam w grudniu, ale miesiąc temu usunęłam w zasadzie pierwsze pięć rozdziałów (nie były gotowe, ale były napoczęte). Więc wbrew pozorom nie czuję jakbym się cofała. Zwłaszcza, że mam już rozpisany cały plan. I skończyłam jeden z rozdziałów. Konkretnie trzeci. Bo czemu nie. Mam też tytuł. Może zdradzę go za miesiąc. 

Moja książka jest pisana w pierwszej osobie, ale od wczoraj rozważam dodanie do niej drugiej perspektywy. Sytuacja jest dynamiczna. 

Moje oczekiwania na marzec w dużej mierze zależą od tego jak potoczy się kwestia kursu pisania powieści, magisterka i moje plany urlopowe. Myślę jednak, że dobrze wyznaczać sobie jakieś cele, bo te z zeszłego miesiąca udało mi się osiągnąć. Dlatego na koniec marca planuję mieć skończone trzy pierwsze rozdziały. Myślę, że jest to całkiem realny wynik. Mam też nadzieję, że będę więcej pisać niż usuwać i na koniec miesiąca spokojnie osiągnę 15 tysięcy słów. 

Życzcie mi powodzenia!


Kiedy w grudniu podjęłam decyzje, że 2026 będzie rokiem, w którym napiszę książkę, byłam doskonale przekonana o tym, że w styczniu nie nastąpi żaden wielki przełom. Spójrzmy bowiem prawdzie w oczy. Styczeń jest fatalnym momentem na zaczynanie czegokolwiek. W styczniu nie spływa na nas żadna nowa siła związana z nowym rokiem. Wręcz przeciwnie. Kalendarzowa zima zaczyna się 21 grudnia. A to oznacza, że w nowym roku jesteśmy dopiero W DRUGIM TYGODNIU ZIMY. Zima wcale się nie kończy. Ona dopiero się ZACZYNA. Absurdem jest więc oczekiwanie, że człowiek obudzi się do życia. 

Nie jest więc dla mnie zaskoczeniem, że w całym styczniu napisałam tylko... 1253 słowa. Z czego 1000 jednego dnia. Właśnie wtedy, piątego stycznia przeczytałam radę, żeby celowo pisać źle. Ale pisać. To znaczy, żeby nie skupiać się na tym czy układa się idealnie perfekcyjne zdania. Czy wszystkie emocje zostają przekazane. Czy to, co pisze na pewno ma sens. Ale pisać. Bo łatwiej jest poprawiać to, co jest już napisane. To był prawdziwy przełom. Czułam jakby coś się we mnie odblokowało. Stukałam w klawiaturę słowo za słowem. Zdanie za zdaniem. Byłam królową własnego pisania.
Przez jeden dzień. 

Później oczywiście wydarzyło się dokładnie to, co wiedziałam, że się wydarzy. Studia, praca i życie.
Stety i niestety, pisanie wymaga ode mnie wsiąknięcia w świat, który próbuję stworzyć. Nie istnieje w moim mózgu magiczny przełącznik, który pozwalałby mi dynamicznie przeskakiwać z jednego umysłowego zadania do drugiego. A ja potrafię robić naraz tylko jedną rzecz. I kiedy myślę 'naraz' mam na myśli dostrojenie się do zadania, przed którym staję. Jeśli cały dzień spędziłam na pracy umysłowej jako inżynierka aplikacji - minie kilka godzin zanim wyjdę z tego trybu. Jeśli mam na głowie studia i muszę napisać esej, czy przygotować się do egzaminu - nie dam już rady zająć się magisterką. A jeśli zabiorę się za wiszącą mi nad głową magisterkę - nie uruchomię już kreatywnej cześci mojego mózgu, pozwalającej mi napisać chociaż jedną scenę mojej książki. 
Bo jeśli tylko wpadnę na ten głupi pomysł wejścia w mojej głowie do pokoju odpowiedzialnego za pisanie książki - nie będę mogła zasnąć. Mój mózg ma zupełnie inne zasady pracy, nie da się go wyłączyć gdy przyjdzie czas na spanie.

I chociaż wszystko co wyżej napisałam brzmi jakbym była doskonale przygotowana i pogodzona ze styczniowym brakiem progresu, wcale tak nie było. 

Pod koniec stycznia przypadkiem trafiłam na ogłoszenie o kursie pisania. Zgłębiłam się w temat, poczytałam zasady. Warunkiem wzięcia udziału w naborze jest przesłanie streszczenia planowanej powieści i jej fragmentu. Pomyślałam sobie - fajne, spróbuję. I zaczęłam szukać odpowiedniego fragmentu, który mogłabym wysłać. Po czym zdałam sobie sprawę, że jestem absolutnie i całkowicie niezadowolona ze wszystkiego co do tej pory powstało. I nawet nie tyle z samego tekstu, to z tego czym ta książka się stała. Zdałam sobie sprawę, że nie chcę jej pisać. Nie rozumiem jej, nie czuję, ona jest zupełnie nie o tym o czym miała być. Postanowiłam więc... zacząć od nowa. 

I kiedy mówię zacząć od nowa nie mam na myśli otwarcia nowego pliku i rozpoczęcia całkowicie nowego projektu. Postanowiłam zmierzyć się jeszcze raz z tym co uważam za najważniejsze i jednocześnie najtrudniejsze dla mnie - ze strukturą. 

I kiedy tak analizowałam co jest nie tak, czemu nie czuję tej historii, czemu nie porywa mnie, a tym samym nie ma szansy porwać nikogo kto miałby ją przeczytać, zdałam sobie sprawę z banalnego wniosku. Ta historia zaczyna się zbyt wcześnie. 

Wyrzucenie z planu pierwszych pięciu rozdziałów i całego roku życia głównej bohaterki okazało się większą ulgą niż przypuszczałam. Na nowo poczułam dlaczego w ogóle chciałam napisać tę historię i że w tej formie będzie dokładnie tym czym zawsze miała być. 

Jaki jest plan na luty? 
Zaskakująco dla mnie samej, plan na luty jest taki, żeby przygotować wszystko do naboru na kurs pisania. Streszczenie (a co za tym idzie muszę naprawdę rozpracować strukturę tej powieści), fragment na 9 tysięcy znaków, kwestionariusz, który pyta mnie o rzeczy, których się nie spodziewałam, a także CV. Jak się okazuje, nie zawsze wystarczy zapłacić pieniążek. Chociaż i tak zapłacić za udział trzeba będzie niemało.  
Ah, no i byłabym zapomniała. W tym miesiącu już naprawdę muszę wysłać kolejne 20 stron magisterki. 

Nowsze posty Starsze posty Strona główna

O mnie

Chcę kiedyś spojrzeć wstecz i powiedzieć, że 'Napisałam dobrą historię'. Próbuję zrozumieć życie.

Obserwuj

Popularne

  • Moja wakacyjna przygoda
    Gdy zastanawiam się jaki jest mój ulubiony sposób wypoczywania, z dumą myślę sobie, że jestem w tym temacie bardzo elastyczna. Mogę pojechać...
  • Związek jest jak ogród
    Nie lubię określenia, że małżeństwo to jest ciężka harówka w polu, w pełnym słońcu. Moim zdaniem nie powinno tak być, choć czasem pewnie jes...
  • Jesień przychodzi w sierpniu
    Dokładnie tak. Jesień zaczyna się moimi urodzinami 23 sierpnia. Tak było od zawsze. Tydzień później zaczynała się szkoła. Bardzo rzadko spęd...
  • Co Ty chcesz w życiu osiągnąć?
    Znacie te wszystkie listy pod tytułem 30 rzeczy do zrobienia przed 30 ? Cóż, dzisiaj są moje ostatnie dwudzieste urodziny, trzydziestka zap...
  • Nie spodoba Ci się ten tekst
    Piąty rok studiuję mediacje i negocjacje. Czy moje zainteresowania konfliktami międzyludzkimi czynią mnie ekspertką? Nie nazwałabym się tak....
  • Czy dobrze jest się nie kłócić?
    Ostatnio ktoś mnie zapytał „Czy jak się nie kłócimy to dobrze, czy niedobrze?” . I chociaż większość swojej działalności w internecie opiera...
  • Najgorsze ekranowe relacje - Zmierzch: Bella i Edward
    Kiedy byłam nastolatką, Mama nie pozwalała mi oglądać Zmierzchu. Jako trzydziestolatka nie mam o to żalu, dlatego, że kiedy wreszcie go obej...
  • Nie odzyskasz żadnej z tych minut
    Jakieś dziesięć lat temu trafiłam na tekst w internecie: „Nigdy nie będziesz już tak młody jak w momencie, w którym zacząłeś czytać to zdani...
  • Kilka słów o niepokoju
      Ten tekst powstał rok temu. Dzisiaj, kolejny rok terapii później, takie sytuacje są mi już obce. Po trzech latach terapii nie boję się już...
  • Gdzie leży prawda?
    Słuchałam niedawno podcastu mojej koleżanki Karoliny „W poszukiwaniu prostej ścieżki” (serdeczne pozdrowienia dla niej) opowiadającego o ty...

Kategorie

  • Fikcyjne relacje 2
  • Filozofia 3
  • Kłótnie 2
  • Moja książka 4
  • Motywacja 4
  • O mnie 2
  • Podróże 1
  • Polecane 3
  • Relacje 6
  • Ślub 2
  • Terapia 1
  • Wspomnienia 2
  • Życie 11

Kontakt

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Archiwum

  • ▼  2026 (3)
    • ▼  kwietnia 2026 (1)
      • Dosia pisze książkę - Podsumowanie marca
    • ►  marca 2026 (1)
      • Dosia pisze książkę - Podsumowanie lutego
    • ►  lutego 2026 (1)
      • Dosia pisze książkę - Podsumowanie stycznia
  • ►  2025 (6)
    • ►  grudnia 2025 (1)
    • ►  listopada 2025 (4)
    • ►  lutego 2025 (1)
  • ►  2024 (2)
    • ►  sierpnia 2024 (1)
    • ►  marca 2024 (1)
  • ►  2023 (4)
    • ►  lipca 2023 (2)
    • ►  maja 2023 (1)
    • ►  stycznia 2023 (1)
  • ►  2022 (12)
    • ►  listopada 2022 (2)
    • ►  października 2022 (6)
    • ►  września 2022 (1)
    • ►  sierpnia 2022 (3)
  • Strona główna

Copyright © Dorota Marzec. Designed by OddThemes