Kiedy w grudniu podjęłam decyzje, że 2026 będzie rokiem, w którym napiszę książkę, byłam doskonale przekonana o tym, że w styczniu nie nastąpi żaden wielki przełom. Spójrzmy bowiem prawdzie w oczy. Styczeń jest fatalnym momentem na zaczynanie czegokolwiek. W styczniu nie spływa na nas żadna nowa siła związana z nowym rokiem. Wręcz przeciwnie. Kalendarzowa zima zaczyna się 21 grudnia. A to oznacza, że w nowym roku jesteśmy dopiero W DRUGIM TYGODNIU ZIMY. Zima wcale się nie kończy. Ona dopiero się ZACZYNA. Absurdem jest więc oczekiwanie, że człowiek obudzi się do życia.
Nie jest więc dla mnie zaskoczeniem, że w całym styczniu napisałam tylko... 1253 słowa. Z czego 1000 jednego dnia. Właśnie wtedy, piątego stycznia przeczytałam radę, żeby celowo pisać źle. Ale pisać. To znaczy, żeby nie skupiać się na tym czy układa się idealnie perfekcyjne zdania. Czy wszystkie emocje zostają przekazane. Czy to, co pisze na pewno ma sens. Ale pisać. Bo łatwiej jest poprawiać to, co jest już napisane. To był prawdziwy przełom. Czułam jakby coś się we mnie odblokowało. Stukałam w klawiaturę słowo za słowem. Zdanie za zdaniem. Byłam królową własnego pisania.
Przez jeden dzień.
Później oczywiście wydarzyło się dokładnie to, co wiedziałam, że się wydarzy. Studia, praca i życie.
Stety i niestety, pisanie wymaga ode mnie wsiąknięcia w świat, który próbuję stworzyć. Nie istnieje w moim mózgu magiczny przełącznik, który pozwalałby mi dynamicznie przeskakiwać z jednego umysłowego zadania do drugiego. A ja potrafię robić naraz tylko jedną rzecz. I kiedy myślę 'naraz' mam na myśli dostrojenie się do zadania, przed którym staję. Jeśli cały dzień spędziłam na pracy umysłowej jako inżynierka aplikacji - minie kilka godzin zanim wyjdę z tego trybu. Jeśli mam na głowie studia i muszę napisać esej, czy przygotować się do egzaminu - nie dam już rady zająć się magisterką. A jeśli zabiorę się za wiszącą mi nad głową magisterkę - nie uruchomię już kreatywnej cześci mojego mózgu, pozwalającej mi napisać chociaż jedną scenę mojej książki.
Bo jeśli tylko wpadnę na ten głupi pomysł wejścia w mojej głowie do pokoju odpowiedzialnego za pisanie książki - nie będę mogła zasnąć. Mój mózg ma zupełnie inne zasady pracy, nie da się go wyłączyć gdy przyjdzie czas na spanie.
I chociaż wszystko co wyżej napisałam brzmi jakbym była doskonale przygotowana i pogodzona ze styczniowym brakiem progresu, wcale tak nie było.
Pod koniec stycznia przypadkiem trafiłam na ogłoszenie o kursie pisania. Zgłębiłam się w temat, poczytałam zasady. Warunkiem wzięcia udziału w naborze jest przesłanie streszczenia planowanej powieści i jej fragmentu. Pomyślałam sobie - fajne, spróbuję. I zaczęłam szukać odpowiedniego fragmentu, który mogłabym wysłać. Po czym zdałam sobie sprawę, że jestem absolutnie i całkowicie niezadowolona ze wszystkiego co do tej pory powstało. I nawet nie tyle z samego tekstu, to z tego czym ta książka się stała. Zdałam sobie sprawę, że nie chcę jej pisać. Nie rozumiem jej, nie czuję, ona jest zupełnie nie o tym o czym miała być. Postanowiłam więc... zacząć od nowa.
I kiedy mówię zacząć od nowa nie mam na myśli otwarcia nowego pliku i rozpoczęcia całkowicie nowego projektu. Postanowiłam zmierzyć się jeszcze raz z tym co uważam za najważniejsze i jednocześnie najtrudniejsze dla mnie - ze strukturą.
I kiedy tak analizowałam co jest nie tak, czemu nie czuję tej historii, czemu nie porywa mnie, a tym samym nie ma szansy porwać nikogo kto miałby ją przeczytać, zdałam sobie sprawę z banalnego wniosku. Ta historia zaczyna się zbyt wcześnie.
Wyrzucenie z planu pierwszych pięciu rozdziałów i całego roku życia głównej bohaterki okazało się większą ulgą niż przypuszczałam. Na nowo poczułam dlaczego w ogóle chciałam napisać tę historię i że w tej formie będzie dokładnie tym czym zawsze miała być.
Jaki jest plan na luty?
Zaskakująco dla mnie samej, plan na luty jest taki, żeby przygotować wszystko do naboru na kurs pisania. Streszczenie (a co za tym idzie muszę naprawdę rozpracować strukturę tej powieści), fragment na 9 tysięcy znaków, kwestionariusz, który pyta mnie o rzeczy, których się nie spodziewałam, a także CV. Jak się okazuje, nie zawsze wystarczy zapłacić pieniążek. Chociaż i tak zapłacić za udział trzeba będzie niemało.
Ah, no i byłabym zapomniała. W tym miesiącu już naprawdę muszę wysłać kolejne 20 stron magisterki.

.png)
0 comments