Tegoroczny maj trwał jakieś 4 dni. A mimo to udało mu się mnie przeżuć i wypluć. W dodatku, nim się obejrzałam minął pierwszy tydzień czerwca.
Największym sukcesem w tym miesiącu było dla mnie skończenie 3, 4 i 5 rozdziału magisterki. Jeszcze tylko wstęp, zakończenie, dwa załamania nerwowe i kończę tę farsę. Ale mimo to, po raz pierwszy od dawna pozwoliłam mojej głowie pomyśleć o mojej książce. Uchylić tę szufladkę kreatywności. I jakaż to była wspaniała przygoda. Nawet jeśli trwała jedynie dwa wieczory.
Przeczytałam napisane rozdziały, przypomniałam sobie tych bohaterów i ich przeżycia i na nowo poczułam jak bardzo chcę opowiedzieć tę historię. Doszłam też do wniosku, że to co już powstało jest naprawdę dobre i podoba mi się to co napisałam.
Niemniej chwilę później przytłoczył mnie ogrom tego ile jeszcze nie jest napisane. I czy ja w ogóle zdołam to napisać.
Myślę, że ten ogrom jest tym co od lat powstrzymywało mnie przed napisaniem własnej książki. To nie jest coś co można zrobić w jeden wieczór, czy weekend. To maraton, a nie sprint. I myślę, że czerwiec może być miesiącem, w którym będę musiała jakoś ten maraton zaplanować. Jak patrzeć na jeden krok naraz, aby nie przytłoczyła mnie objętość? Nie mam pojęcia, bo dokładnie to było dla mnie najtrudniejsze podczas pisania magisterki.
Mimo to, nadal się nie poddaję. Mimo, że kolejny miesiąc przyznaję się do tego, że niewiele się dzieje. Od czerwca oczekuję więcej, ale biorąc pod uwagę tempo jego rozpoczęcia, obawiam się, że mogę się niemiło zdziwić.

.png)
0 comments